środa, 11 czerwca 2014

Marion Dönhoff

W skromnym i na biało umalowanym wiejskim kościółku usiedliśmy później na górnych miejscach, które zwykle rezerwowane były dla patrona. Patrzyliśmy stamtąd na ludzi, którzy przyszli tu w Zielone Świątki oraz na ołtarz udekorowany gałęziami młodej brzozy. Naprzeciwko po drugiej stronie wisiały tabliczki pamiątkowe, na których gotyckim charakterem pisma zapisane były imiona przodków Bernstorffa oraz innych członków wspólnoty, którzy zginęli w wojnach minionego stulecia.

Rozmyślałam sobie wtedy o burzliwym czasie, jaki zapanował na zewnątrz, o Niemczech, które stały się takie obce, o wszystkim, co jeszcze nas czekało, o rządach i systemach, które przychodzą i odchodzą, i nagle pojęłam co to oznacza, że taka wyspa jeszcze istnieje. Zrozumiałam, że jest to taki biegun stałości, którego rytm wyznacza jedynie zmiana pór roku i mijających generacji. Rosną tu drzewa, a wraz z nimi rosną dzieci właścicieli, pracowników, chłopów, aż w końcu nadchodzi czas, gdy przejmują oni przypisaną im rolę i zajmują swoje miejsce w systemie odpowiedzialności, w którym wszyscy bez wyjątku partycypują. Ale sceneria pozostaje zawsze ta sama: ten sam stary park, te same pola, te same rozmarzone aleje, ten sam stary kościółek, którego pastorzy wolno przerzucają stronice swojej kroniki, wpisując nowych właścicieli ziemskich, a pod nazwiskami starych stawiając krzyżyk.

Co będzie, jeśli pewnego dnia i ta wyspa na skutek niespokojnych czasów i ludzkich poczynań zostanie stracona? Co stanie się, gdy panoszące się na zewnątrz bezprawie i arogancja zniszczą to ostatnie schronienie rozwagi i ciszy? Naszym losem będzie wtedy kierował przypadek, tak jak losem tysięcy uciekających, którzy nie będą mieć ani ojczyzny, ani żadnej miary czy odpowiedzialności, a dzień następny będzie równie niepewny jak i dzień wczorajszy. 

Marion Gräfin Dönhoff, W imię honoru, s. 42 – 43, Kielce 2009. 




 Zdjęcie autorstwa Piotra Puszkara
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz