wtorek, 21 marca 2017

Idący

W języku ukraińskim słowo skazenyj, oskazenilyj, oznacza, w odniesieniu do człowieka - pałającego
gniewem, rozzłoszczonego do granic, dokonującego strasznych czynów z powodu nienawiści.


O czynach dokonanych z powodu nienawiści pisze w poruszający i rzetelny sposób wielokrotnie nagradzany austriacki pisarz, tłumacz oraz dziennikarz, Martin Pollack. Czymże, jak nie właśnie dogłębną nienawiścią jest nie tylko zabijanie drugiego człowieka, lecz równoczesne odmawianie mu godnego pochówku.

Jako dziecko żyłam w cieniu wielu wojennych i powojennych udręk Europy Środkowo Wschodniej – Akcja Wisła, obozy koncentracyjne, wielka nieobecność Polaków, Niemców, Żydów, Ukraińców na ziemiach zamieszkiwanych przez nich od stuleci. Opowieści pełne grozy, śmierci, pożegnań, upiornych przepraw, przypadkowych pochówków. Dzieciństwo na Warmii i Mazurach było nimi wypełnione.

Jednak Martin Pollack w reportażu literackim Skażone krajobrazy raz jeszcze porusza najdelikatniejsze struny człowieczeństwa – trochę, jak ostatni sprawiedliwy pokazuje mechanizm upiornego myślenia katów.

Przeraża zaś podczas lektury nie tylko postawa katów. Pollack stawia pytanie, czy nie jeszcze gorszym jest postawa miejscowej ludności, która obojętnością, kurnikami, zdziczałymi porzeczkami próbuje przykryć ziemię wraz z (bolesną) tajemnicą. Nakreśla Pollack przypadek w Polsce konfrontacji prób przywrócenia imion za pomocą krzyża, pomnika. Sprawa mieszkającej dziś w USA Anny Karwańskiej, łączniczki Ukraińskiej Powstańczej Armii jest świadectwem niemożności przebicia się do ludzkich serc, zabieganiem o to także, by mieszkańcy Birczy, w której zamordowano 28 osób nie leżeli pod rozrzuconym obornikiem. Bardzo bolesne świadectwo bolesnych czasów.

Nie sposób nie przyznać racji Pollackowi w kwestii problemów Europejczyków w odniesieniu do ich opuszczonych ziem, zmarłych, interpretacji historii i tak wykluczającej się wzajemnie pamięci i polityki historycznej.

Ale chcę aby recenzja była pretekstem do opowiedzenia tego, że dokonała się wczoraj piękna rzecz na świcie.  Myślami jestem otulona ciepłym wieczorem w przygranicznej miejscowości Wierzbica w okolicach Hrebennego i Uhnowa, skąd przesiedlono moich przodków. Miałam ciepłe przeczucie, że żadna nienawiść nie może wykorzenić poczucia domu z tych terenów.

W 70 rocznicę Akcji Wisła, potomkowie i mieszkańcy naszej wsi przyjadą do Obozu Koncentracyjnego w Bełżcu.

 Będziemy wraz ze społecznością lokalnych Żydów modlić się wspólnie za naszych sąsiadów i bliskich. Kadisz i Parastas. Nie chcieliśmy kamer. Chcemy opłakać sąsiadów i bliskich.


Ale najpierw, kilka miesięcy temu przyśniła mi się podróż. Ta jedna z wielu podróży do korzeni,
do rajów utraconych, do grobów. Jadąc do Wierzbicy zawsze odwiedzałam Bełżec.Może dlatego
przyśnił mi się skraj lasu. Miałam świadomość, że to jedno z tych muzeów, miejsc pamięci. Wydzielone sektory, oddzielone jakimś sznurkiem bądź drutem. W poszczególnych pasach, jak po chodniku szli ludzie, właściwie zwłoki, widziałam kości, skórę, zapadnięte miednice, rozkład.

 Szli tak jak ja, wzdłuż polany. Żyli, idą przecież tak jak ja.


Nagle zrozumiałam, że oni są nadal niepochowani.
Muszę obudzić się, odmówić modlitwę za zmarłych. Na moment spojrzał na mnie Pan
i wszyscy idący ku niemu.


wtorek, 12 kwietnia 2016

"Pamiętaj o duszy. Twoja jest taka piękna. Gdy zapominasz o niej to tak, jakbyś umarła za życia."

Babcie wyszeptane po ukraińsku są subtelne i przenikliwe zarazem, zawsze zechcą uczyć cię życia. Śpiewają w domu, pośród ciszy zaklęte w swych ikonach, swetrach, chustach i pobożności, jak Matka Boska.

Moja wiosenna, kwietniowa Babcia Anastazja Ochrin urodziła się w Wierzbicy 16.04.1930 r.
17 lat później znalazła się na Warmii. Życie wyszywane czerwienią, czernią, poniemieckim pałacem.

Babcia Anastazja uczyła mnie pokory i kobiecości milczącej, mądrej, wyciszonej.  
Czasem śni mi się, że rozmawiam z nią przy kaflowym piecu. Ta cisza, która pozostała w moim sercu rozpoczęła się, gdy stawałam za nią. Pracowała przy oknie, w słońcu. Turkot maszyny. Mój pierwszy dziecięcy, niemy podziw dla piękna. Wyplatanie, przyszywanie poranków i wieczorów na Singerze, cedowanie ich z moim sercem. 

Jak gdyby unieważniono w moich snach odchodzenie i pożegnanie.
Jak gdyby miłość trwała bez względu na odległość i czas.
Wszystkiego dobrego w Dniu Urodzin, Babciu.



poniedziałek, 16 listopada 2015

Про крик. "Війна курва"

Розриває ланцюги в душі на ланки,
В ефірі сльози, що волаєш "Отче Наш"!
І в скрині пилом вже припала вишиванка,
Та світ розділений на іхній і на наш.
Сидиш у тамбурі та думаєш як жити,
Від файки очі розтирають до сльози.
Та скільки вже собі могилу можна рити,
Коли чорти плюють на твої образи?

Приспів:

Війна курва! Гра музика та не хочу того свята,
Ніби свято але хочеться кричати, обирати:
Або жити або вмерти, але я впертий!
Війна курва! І вона вже не де юре, а де факто,
Що поробиш, буду битись без антракту,
Обираю- хочу жити та....  хей, давай набої подавай! Хей, давай набої подавай!

Коли є лють у серці - там нема любові.
Та не зважаєш, що в очах пече пісок.
З колін вставали кароокі, чорноброві,
Співали так, що пронизало до кісток.
В кишенях кулі, сигарети та ікони.
Та в соцмережах пару слів і чорний дим.
Заграли струни та задзвонили дзвони.
Це моя хата - то мій Єрусалим!




а. Луіку 2014


fot. Zdzisław Beksiński

czwartek, 12 listopada 2015

Switlana Aleksijewycz

"Ostatecznie ludzie nie rodzą się po to, żeby zginąć na wojnie, w łagrze albo podczas wybuchu w centrali jądrowej, tylko po to, żeby kochać bliskich, a potem tak zwyczajnie zestarzeć się i odejść.
Tak powinno wyglądać życie."



poniedziałek, 9 listopada 2015

   Gdy zapadał się pode mną oszroniony dzień – zasiadałam obok długiego wieczoru. Patrzyłam mu prosto w oczy splatając dłonie na kolanach. Powiedziano mi jesienią, że to już czas. Na tle rzędów książek wyglądać musimy komicznie. Wyglądam przecież jak dziecko – a tu nagle zawstydzający, poważny gość. Ten związek od początku widniał jedynie na papierze. Poznawał to także przechodzień, któremu przemykały oczy wpatrzone w jeden punkt.
Żądał niemal, abym przychodziła do łóżka w długiej białej koszuli. Moja księżno szeptał, gdy składałam głowę na jego piersi. Przeczesywał wówczas palcami włosy.
Zapalał najpierw księżyc w piersi, abym odzyskała dech zagubiony w słońcu. Później gwiazdy we włosach, zorze w głębi oczu – wokół przecież tak głęboki mrok. Nic nie robił sobie z moich wymówek; siadaj – prosił, chcę słuchać o tym, co dziś cię zachwyciło. Czy wzrusza cię czerwień dzikiej róży przy pomarańczowych drogach? Czy gdy patrzysz na to, co kochasz, policzki przyprószają się drobną, różową trzmieliną?
Wyśmiewał moje pytania, rozczulały go odpowiedzi. Ujmował kojąco twarz, gdy miewałam sny z krainy zapomnienia. Każdego poranka otrzymywałam do śniadania zawsze ten sam zestaw: ptaki w oknie, słońce na czole, kasztany na sercu.
Może dlatego nigdy nie czułam się porzucana.
   Gdy za­pa­dał się pode mną oszro­nio­ny dzień – za­sia­da­łam obok dłu­gie­go wie­czo­ru. Pa­trzy­łam mu pro­sto w oczy spla­ta­jąc dło­nie na ko­la­nach. Po­wie­dzia­no mi je­sie­nią, że to już czas. Na tle rzę­dów ksią­żek wy­glą­dać mu­si­my ko­micz­nie. Wy­glą­dam prze­cież jak dziec­ko – a tu nagle za­wsty­dza­ją­cy, po­waż­ny gość. Ten zwią­zek od po­cząt­ku wid­niał je­dy­nie na pa­pie­rze. Po­zna­wał to także prze­cho­dzień, któ­re­mu prze­my­ka­ły oczy wpa­trzo­ne w jeden punkt.
Żądał nie­mal, abym przy­cho­dzi­ła do łóżka w dłu­giej bia­łej ko­szu­li. Moja księż­no szep­tał, gdy skła­da­łam głowę na jego pier­si. Prze­cze­sy­wał wów­czas pal­ca­mi włosy.
Za­pa­lał naj­pierw księ­życ w pier­si, abym od­zy­ska­ła dech za­gu­bio­ny w słoń­cu. Póź­niej gwiaz­dy we wło­sach, zorze w głębi oczu – wokół prze­cież tak głę­bo­ki mrok. Nic nie robił sobie z moich wy­mó­wek; sia­daj – pro­sił, chcę słu­chać o tym, co dziś cię za­chwy­ci­ło. Czy wzru­sza cię czer­wień dzi­kiej róży przy po­ma­rań­czo­wych dro­gach? Czy gdy pa­trzysz na to, co ko­chasz, po­licz­ki przy­pró­sza­ją się drob­ną, ró­żo­wą trzmie­li­ną?
Wy­śmie­wał moje py­ta­nia, roz­czu­la­ły go od­po­wie­dzi. Uj­mo­wał ko­ją­co twarz, gdy mie­wa­łam sny z kra­iny za­po­mnie­nia. Każ­de­go po­ran­ka otrzy­my­wa­łam do śnia­da­nia za­wsze ten sam ze­staw: ptaki w oknie, słoń­ce na czole, kasz­ta­ny na sercu.
Może dla­te­go nigdy nie czu­łam się po­rzu­ca­na.
   Gdy zapadał się pode mną oszroniony dzień – zasiadałam obok długiego wieczoru. Patrzyłam mu prosto w oczy splatając dłonie na kolanach. Powiedziano mi jesienią, że to już czas. Na tle rzędów książek wyglądać musimy komicznie. Wyglądam przecież jak dziecko – a tu nagle zawstydzający, poważny gość. Ten związek od początku widniał jedynie na papierze. Poznawał to także przechodzień, któremu przemykały oczy wpatrzone w jeden punkt.
Żądał niemal, abym przychodziła do łóżka w długiej białej koszuli. Moja księżno szeptał, gdy składałam głowę na jego piersi. Przeczesywał wówczas palcami włosy.
Zapalał najpierw księżyc w piersi, abym odzyskała dech zagubiony w słońcu. Później gwiazdy we włosach, zorze w głębi oczu – wokół przecież tak głęboki mrok. Nic nie robił sobie z moich wymówek; siadaj – prosił, chcę słuchać o tym, co dziś cię zachwyciło. Czy wzrusza cię czerwień dzikiej róży przy pomarańczowych drogach? Czy gdy patrzysz na to, co kochasz, policzki przyprószają się drobną, różową trzmieliną?
Wyśmiewał moje pytania, rozczulały go odpowiedzi. Ujmował kojąco twarz, gdy miewałam sny z krainy zapomnienia. Każdego poranka otrzymywałam do śniadania zawsze ten sam zestaw: ptaki w oknie, słońce na czole, kasztany na sercu.
Może dlatego nigdy nie czułam się porzucana.Gdy za­pa­dał się pode mną oszro­nio­ny dzień – za­sia­da­łam obok dłu­gie­go wie­czo­ru. Pa­trzy­łam mu pro­sto w oczy spla­ta­jąc dło­nie na ko­la­nach. Po­wie­dzia­no mi je­sie­nią, że to już czas. Na tle rzę­dów ksią­żek wy­glą­dać mu­si­my ko­micz­nie. Wy­glą­dam prze­cież jak dziec­ko – a tu nagle za­wsty­dza­ją­cy, po­waż­ny gość. Ten zwią­zek od po­cząt­ku wid­niał je­dy­nie na pa­pie­rze. Po­zna­wał to także prze­cho­dzień, któ­re­mu prze­my­ka­ły oczy wpa­trzo­ne w jeden punkt.
Żądał nie­mal, abym przy­cho­dzi­ła do łóżka w dłu­giej bia­łej ko­szu­li. Moja księż­no szep­tał, gdy skła­da­łam głowę na jego pier­si. Prze­cze­sy­wał wów­czas pal­ca­mi włosy.
Za­pa­lał naj­pierw księ­życ w pier­si, abym od­zy­ska­ła dech za­gu­bio­ny w słoń­cu. Póź­niej gwiaz­dy we wło­sach, zorze w głębi oczu – wokół prze­cież tak głę­bo­ki mrok. Nic nie robił sobie z moich wy­mó­wek; sia­daj – pro­sił, chcę słu­chać o tym, co dziś cię za­chwy­ci­ło. Czy wzru­sza cię czer­wień dzi­kiej róży przy po­ma­rań­czo­wych dro­gach? Czy gdy pa­trzysz na to, co ko­chasz, po­licz­ki przy­pró­sza­ją się drob­ną, ró­żo­wą trzmie­li­ną?
Wy­śmie­wał moje py­ta­nia, roz­czu­la­ły go od­po­wie­dzi. Uj­mo­wał ko­ją­co twarz, gdy mie­wa­łam sny z kra­iny za­po­mnie­nia. Każ­de­go po­ran­ka otrzy­my­wa­łam do śnia­da­nia za­wsze ten sam ze­staw: ptaki w oknie, słoń­ce na czole, kasz­ta­ny na sercu.
Może dla­te­go nigdy nie czu­łam się po­rzu­ca­na.
Istnieją w nas miłości kładące się cieniem.

Zwyczajny, jesienny dzień z chwilą na pobycie wśród drzew. Rano podziwiałam wschodzący owies i gdyby nie chłodne wieczory, zastanawiałabym się, czy oto, za progiem nie czeka czas, wraz z niecierpliwą wiosną. Pracownicy, zlecenia, obowiązki, faktury, wyjazd do miasta. Nigdy nie myślałam, że moje życie będzie wyznaczane przez rytm pór roku, oddanie sprawom chmur, ziemi, ludzi. Szczęście to ukochane dzieciaki ze wsi, które mają gdzieś gadżety i  kaptury pełne liści po naszych "listkowych wojnach" wzdłuż alei. Oparta o stare dęby czuję, jak otulenie i spokój spływają na moje nowe życie.

Poczułam jednak wieczorem ukłucie w piersi, gdy wróciłam do domu. Oto ogień spod starej, niemieckiej kuchni rozświetlał ciepłem i blaskiem kuchnię. Do tego przez okno zaglądał daleki księżyc. Na chwilę oniemiałam. Światło księżyca padało na podłogę.

Pamiętam tę podłogę. Była daleko stąd. Leżeliśmy na niej razem. Padało światło, a ja nienawidziłam świata. Spytałam wówczas, dlaczego, jest tu ze mną, skoro jestem i żałosna i zwyczajnie okropna, niezorganizowana. Usłyszałam spokojne i uroczyste: Ponieważ cię kocham. Odprowadzałam go na drugi dzień. Wracał, ja miałam sobie poradzić. Żegnałam kogoś, kogo już nigdy nie będę rozumieć. Czy znałam jego prawdę?

Dlatego wracając – płakałam całą drogę. Wzdłuż torów, przechodząc mosty, wchodząc po schodach - w imieniu kobiety przemawiały łzy. Nie odpowiedziałam wówczas, w nocy, że każdej pięknej stronie życia, każdej spadającej gwieździe będę nadawała jego imię. Nie wolno mi pytać, dlaczego nie potrafiłam ocalić niczego z tamtego świata, który minął.

Siedziałam na podłodze w kuchni długo, aż skończyło się drewno. Istnieją w nas miłości kładące się cieniem - trwające całe życie.


Wy­śmie­wał moje py­ta­nia, roz­czu­la­ły go od­po­wie­dzi. Uj­mo­wał ko­ją­co twarz, gdy mie­wa­łam sny z kra­iny za­po­mnie­nia. Każ­de­go po­ran­ka otrzy­my­wa­łam do śnia­da­nia za­wsze ten sam ze­staw: ptaki w oknie, słoń­ce na czole, kasz­ta­ny na sercu.
Może dla­te­go nigdy nie czu­łam się po­rzu­ca­na.

\zdv

sobota, 7 listopada 2015

W świat

Uwierz, dziecko, że dla nas wszystkich będzie to trudne - powiedział Thomas - ale to zrozumiałe, że wyjedziesz. Na wyspie można urządzić się dopiero wówczas, gdy się wie,  co to świat. 


Fragment powieści Ernsta Wiecherta "Proste życie".
Fot. autorstwa Magdaleny Berny


środa, 19 sierpnia 2015

Powołanie

"Przez wiarę usłu­chał Abra­ham, gdy zo­stał
po­wo­ła­ny, aby pójść na miej­sce, które miał wziąć
w dzie­dzic­two, i wy­szedł, nie wie­dząc dokąd idzie
".

List do He­braj­czy­ków 11, 8

 
Od rana czu­łam się szcze­gól­nie. Po pierw­sze – przy­śnił mi się dom. Bie­ga­łam po nim boso, po nowej pod­ło­dze, mu­sia­łam chyba lekko uśmiech­nąć się przez sen, bo­wiem rano uśmie­cha­ło się do mnie wszyst­ko – czer­wo­ne róże, gdy zmie­nia­łam im wodę. Murka o kre­cim fu­ter­ku upodo­ba­ła sobie koci sen na moim kocu. Czę­sto mam po­czu­cie otu­le­nia jej dys­kret­ną przy­jaź­nią. Uśmie­cha­ły się do mnie jej łapki, które mięk­ko pod­wi­ja leżąc na moich ko­la­nach.

Pa­trzy­łam przez chwi­lę na swoje od­bi­cie. Wy­szczu­pla­łam. Uro­sły mi włosy. W słoń­cu moje blade ciało miało tro­chę cie­plej­szy od­cień. Uła­mek se­kun­dy, zbęd­na myśl: dla­cze­go je­steś sama? Przy­go­to­wa­łam szyb­ko kawę. Mia­łam po­czu­cie, że o czymś po­win­nam pa­mię­tać.

Rzu­ci­łam szyb­ko okiem na wczo­raj­sze no­tat­ki. Piszę o życiu i losie tych, któ­rych kości każ­dej wio­sny, nie­zmien­nie, mój oj­ciec wy­ko­pu­je, pra­cu­jąc w polu. 150 tys. ludzi. Prze­łom grud­nia, stycz­nia 1945. Na stat­kach Wil­helm Gu­stloff, Steu­ben, Goya – całe miej­sco­wo­ści. Cwa­niak, który od­pa­lał tor­pe­dy, do­cze­kał się nawet po­mni­ka w swym kraju.  Jak za­wsze o tej porze roku, dźwięk słowa Zalew od­bie­ra mi na mo­ment dech w pier­siach. In­for­ma­cje na ekra­nie - no tak, rocz­ni­ca zdo­by­cia Kró­lew­ca przez Armię Czer­wo­ną. Sta­ram się nie my­śleć o tych, które tego dnia obu­dzi­ły się ze snu. Chłod­ne sta­ty­sty­ki – 10 na jed­ne­go żoł­nie­rza, który od czte­rech lat nie wi­dział ko­bie­ty. Znów po­czu­łam się wy­jąt­ko­wo - wiem, że czło­wiek po­tra­fi do­trzeć do ścia­ny, za którą jest już tylko pół­mrok wie­czor­ne­go zsu­wa­nia za­słon.

Gdy pra­cu­ję dosyć in­ten­syw­nie, lubię wra­cać na kilka dni do mia­sta. Z bal­ko­nu spo­glą­dam na oko­licz­ne pola, ogro­dy, pierw­sze kwia­ty, karm­ni­ki, nie­koń­czą­cy się po­chód wie­wió­rek i klu­cze uko­cha­nych, do­stoj­nych pta­ków. Nieco zzięb­nię­ta za­trzy­ma­łam się w po­ło­wie ko­ry­ta­rza. Spoj­rza­łam raz jesz­cze na klucz. Le­ciał w stro­nę domu.

Wczo­raj z Igo­rem czy­ta­li­śmy o dzie­dzic­twie, które Pan po­le­cił Abra­ha­mo­wi objąć. Zo­stał po­wo­ła­ny. Nie wie­dział on jed­nak, gdzie jest owo dzie­dzic­two.. Czym w isto­cie jest dzie­dzic­two? Jak od­na­leźć w sobie wiarę, by wy­ru­szyć gdzie­kol­wiek? Myślę o tych, któ­rzy dziś zginą na Ukra­inie. Wojna. Wiem, że pę­kło­by mi serce, gdy­bym mu­sia­ła opu­ścić War­mię i Ma­zu­ry.

A prze­cież 20 km od mo­je­go domu stoją ro­syj­skie czoł­gi.

Ży­ła­bym może dalej, spo­koj­nie, tak jak trwa­ją stare drze­wa. Znam prze­cież wielu ludzi któ­rzy mu­sie­li po­że­gnać tak wiele, a w tych ciem­nych wie­kach i tak ro­bi­li swoje. Lubię wspo­mnie­nie o Ma­rion Dönhoff, która po do­tar­ciu w jed­nym płasz­czu do Nie­miec, ze skar­pet­ka­mi na dło­niach, za­miast rę­ka­wi­czek - wzię­ła się do pracy. Na­ucza­ła wio­sną 1945 r. dzie­ci. Wtedy, gdy wszy­scy cho­dzi­li na sza­ber. Ona na­ucza­ła.

No tak, zga­dza się. 11 marca 2002.

Śpij spo­koj­nie, wiel­ka Ma­rion. Moja uko­cha­na, dobra przy­ja­ciół­ko ze sta­rych cza­sów, która po­wra­casz do mnie każ­dej wio­sny bielą prze­bi­śnie­gów i na żu­ra­wich skrzy­dłach, gdy za­po­mi­nam, że pokój ist­nie­je, nie­za­leż­nie od świa­ta – w moim sercu.


wtorek, 14 kwietnia 2015

Wiesław Myśliwski

    I chyba tak naprawdę to dopiero ze śmiercią wujka Władka zrozumiałem, że właściwie to nigdy nie opuściłem tego miejsca. Bo choć to ich groby, to mój znak, gdzie jestem. A kto wie nawet, czy to nie tu jest środek mojego widnokręgu, bo jedynie tu jestem w stanie doznawać bolesnej dotkliwości, jak umieram z nimi i ja, a nie tylko świat dookoła mnie. I to tak zwyczajnie, pospolicie, że ta dotkliwość przeradza się zachwyt, jakbym oto stał twarzą w twarz przed najwznioślejszą tajemnicą piękna. Chce mi się aż zanurzyć w tym umieraniu jak w kwitnącej łące i patrzeć na słońce gasnące pode mną.


    Toteż ów lęk, który mnie z czasem zaczął nawiedzać z każdymi kolejnymi odwiedzinami i który powodował, że coraz rzadziej ich odwiedzałem, popadając jak gdyby w zobojętnienie, miał swoją przyczynę właśnie w tym, że zbliżałem się coraz bardziej do zrozumienia, że to jest właśnie to miejsce. Być może poszukiwałem nawet tego miejsca i zarazem broniłem się przed jego odkryciem, przeczuwając, że nie da się nigdy z niego uciec ani zastąpić żadnym innym, bo gdziekolwiek jesteśmy, to miejsce jest w nas. I nie jako pamięć czy sumienie, lecz jako los, bo los to wyznaczona ci z mocy grobów przestrzeń.

Fragment powieści Wiesława Myśliwskiego, "Widnokrąg"
Fotografie: Miłaki/ Krzekoty, woj. warmińsko - mazurskie
   














środa, 10 grudnia 2014

o milczeniu

Marianne skończyła swoją pracę i zaplótłszy ręce, usiadła na poręczy fotela. Było już ciemno i mogło się zdawać, że za srebrnymi pasemkami choinki zaczyna się las. Przed jednym z czworaków pod wieczornym niebem śpiewał wysoki dziecięcy głos. Stawał się coraz cichszy, jakby zakrywał go śnieg. Ogień na kominku prześlizgiwał się niebieskawo po dużej brzozowej szczapie.
Thomas oparł skroń o ramię Marianne. Była już pora, żeby wstać i ogłosić w całym domu, że wszystko gotowe, ale taka chwila już nie wróci.

Gdy wstanie, będzie stary, bardzo stary, jak ów mężczyzna z baśni, który znajdował się pod ziemią. Wówczas pozostaną tylko gwiazdy i kamienie, ryby i kwiaty, istniała określona wąska granica, przy której człowiek musiał oderwać się od zabawy i marzenia, żeby wejść na nietknięty obszar, nie znoszący żadnego towarzystwa. Tam, gdzie powietrze jest czyste i zimne jak nad lodowcem i gdzie powstawało to, co przetrwało nazwę "człowiek". Samotność była zaś czymś więcej niźli jakieś poetyckie słowo. Była rozstrzygnięciem, które nie powtórzy się, gdy się je odrzuci.
Już pora — powiedział i wstał.

Marianne wnętrzem dłoni przesunęła po jego czole i posłusznie wstała. 

Po raz pierwszy nie był to już gest dziecinny i wiedział, że oto stała się dorosła. Oboje nie zapomną tego gwiazdkowego wieczoru. 
 




Ernst Wiechert, Proste życie, rozdz. 13.

czwartek, 20 listopada 2014

Paul Celan do Ingeborg Bachmann (27.02.1957)

Popełniona jest noc, trzymam cię za rękę,
czuwam, wspieram cię
z całych sił.
Ryję, głębokie bruzdy, gwiazdę
twoich sił w kamieniu: dobroć
twojego ciała - tu
ma zakiełkować i wzejść.
Powtarzam sobie twoje głosy, oba, tajemny i
ten słyszany przez wszystkich.
Śmieję się, widzę jak z dumną
obchodzisz się niby z żebraczką, widzę jak pomyleńców
darzysz szacunkiem, idziesz
do ludzi prostych - pływasz.
Cicho
godzę teraz moje czoło z twoim, godzę je
z nocą, czuję teraz
w tym cud: stajesz się dla mnie
obcą - nieznajomą, podobną do samej siebie, jesteś podobna
do wszystkiego co kocham, jesteś
inna za każdym razem.


(Paul Eluard z przekładu Paula Celana, tłum. R. Krynicki)
Czas serca, Ingeborg Bachmann - Paul Celan, Listy. 2008.

niedziela, 9 listopada 2014

Ernst Wiechert/ Madalena Barny


- I naprawdę będziesz łowił tam ryby? - spytało dziecko.
- Tak. Powiedziałem Christophowi, że złowię rybę w złotej koronie.
- Są takie.
- O tym mówią baśnie.
- A potem?
- Potem podaruję ją tobie.


Fragment powieści „Proste życie”, autorstwa Ernsta Wiecherta, s. 63
Fotografia dziewczynki autorstwa Magdaleny Berny

Ernst Wiechert/ Magdalena Berny



Marianne zapytała, czy nie chce już nigdy się zawieść.

Odrzekł, iż ma nadzieję, że już przeżył największe złudzenia. Jeśli idzie o rzeczy, robi niewiele więcej ponadto, że przygląda się im i nasłuchuje, gdyż teraz już wie, że prawda tkwi w rzeczach, a nie w poglądach. Jeśli zaś idzie o ludzi, to doznał wielkiego szczęścia, bowiem otaczające go grono choć z roku na rok stawało się szczuplejsze, z czasem zaczęło obejmować tylko tych, których wizerunek jest tak niezmienny jak wizerunek gwiazd. W młodości chce się wprawdzie zmieniać sposoby postępowania jakiejś całej warstwy społecznej czy nawet całych narodów, uszlachetniać je, podnosić na wyższy poziom, ale gdy lot się obniża, człowiek zadowala się czymś mniejszym i całą siłę kieruje na to, żeby to mniejsze przeobraziło się w coś trwałego. A ze strony tych niewielu, którzy go otaczają, nie oczekuje zawodu.

Gdy pewnego dnia umrze dziadek, a ona kiedyś wyjdzie za mąż, to czy on odejdzie z wyspy i przeniesie się na stałe do domu hrabiego, spytała go.

Oczywiście, że nie. Powinna przypomnieć sobie, jak – gdy zobaczył ją pierwszy raz – stała na zamkowych schodach, delikatna i krucha, w czarnej sukience i ze sznurkiem pereł na szyi. 



Fragment powieści Ernsta Wiecherta, "Proste życie", s. 302.

Przepiękne fotografie - autorstwa Magdaleny Berny.


sobota, 8 listopada 2014

O tym co trwa, i co się święci

Gdy więc jest tak, gdy miłość rośnie i dochodzi do pragnienia nieskończonego trwania lub gdy przyjaźń staje się tak głęboka, że lękać się zaczyna końca, spogląda się wstecz na dzieciństwo tego kogo się kocha. Teraźniejszość wydaje się niewystarczająca i krótka, więc gdy się wie, że nie będzie nigdy przyszłości usiłuje się pozyskać przeszłość, która... Ja także pragnę powiedzieć o mojej pierwszej radości…

Dziennik R. (2012)





poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Ingeborg Bachmann/ Magdalena Berny


Pieśni czasu ucieczki

XV

Miłość święci swój triumf i śmierć też go ma,
gdy minie, minie czas.
Lecz ani ty go nie zaznałeś, ani ja.
Tylko spadanie gwiazd wokół nas. Odblask i milczenie.
A jednak kiedyś pieśń ponad prochem i pyłem
przerośnie nas.

fot. Magdalena Berny

wtorek, 17 czerwca 2014

Wiechert

"Znowu jest tak, jak zawsze było w naszym życiu: wstrzymujemy oddech i nasłuchujemy. 
Jest tak jak pierwszego dnia, a przecież naszymi śladami przeszło już tyle dni i lat. Nie pragnęliśmy niczego poza tym jednym. Mogliśmy spełniać wiele życzeń ludzi żyjących w ciszy; zdobyć obce kraje i zaszczyty i niejedną ziemię obiecaną. Lecz my pragnęliśmy tylko jednego: pozostać milcząco na opuszczonej drodze i wsłuchiwać się w głosy idące przez las." 

Fragment prozy Ernsta Wiecherta  "W rodzinnych stronach", Borussia, Olsztyn 1990.


niedziela, 15 czerwca 2014

Dietrich Bönhoffer

Nic, naprawdę nic nie jest warte życia oprócz miłości. 



środa, 11 czerwca 2014

Marion Dönhoff

W skromnym i na biało umalowanym wiejskim kościółku usiedliśmy później na górnych miejscach, które zwykle rezerwowane były dla patrona. Patrzyliśmy stamtąd na ludzi, którzy przyszli tu w Zielone Świątki oraz na ołtarz udekorowany gałęziami młodej brzozy. Naprzeciwko po drugiej stronie wisiały tabliczki pamiątkowe, na których gotyckim charakterem pisma zapisane były imiona przodków Bernstorffa oraz innych członków wspólnoty, którzy zginęli w wojnach minionego stulecia.

Rozmyślałam sobie wtedy o burzliwym czasie, jaki zapanował na zewnątrz, o Niemczech, które stały się takie obce, o wszystkim, co jeszcze nas czekało, o rządach i systemach, które przychodzą i odchodzą, i nagle pojęłam co to oznacza, że taka wyspa jeszcze istnieje. Zrozumiałam, że jest to taki biegun stałości, którego rytm wyznacza jedynie zmiana pór roku i mijających generacji. Rosną tu drzewa, a wraz z nimi rosną dzieci właścicieli, pracowników, chłopów, aż w końcu nadchodzi czas, gdy przejmują oni przypisaną im rolę i zajmują swoje miejsce w systemie odpowiedzialności, w którym wszyscy bez wyjątku partycypują. Ale sceneria pozostaje zawsze ta sama: ten sam stary park, te same pola, te same rozmarzone aleje, ten sam stary kościółek, którego pastorzy wolno przerzucają stronice swojej kroniki, wpisując nowych właścicieli ziemskich, a pod nazwiskami starych stawiając krzyżyk.

Co będzie, jeśli pewnego dnia i ta wyspa na skutek niespokojnych czasów i ludzkich poczynań zostanie stracona? Co stanie się, gdy panoszące się na zewnątrz bezprawie i arogancja zniszczą to ostatnie schronienie rozwagi i ciszy? Naszym losem będzie wtedy kierował przypadek, tak jak losem tysięcy uciekających, którzy nie będą mieć ani ojczyzny, ani żadnej miary czy odpowiedzialności, a dzień następny będzie równie niepewny jak i dzień wczorajszy. 

Marion Gräfin Dönhoff, W imię honoru, s. 42 – 43, Kielce 2009. 




 Zdjęcie autorstwa Piotra Puszkara
 

czwartek, 17 kwietnia 2014

Dietrich Boenhoffer


"Je schöner und voller die Erinnerung, desto schwerer ist die Trennung.
Aber die Dankbarkeit verwandelt die Erinnerung in eine stille Freude."

Kazimierz Brakoniecki

"Czas przestać wierzyć w Rosję, jak nikt nie wierzy w Anglię czy Niemcy, ale w demokrację czy Boga. Niektórzy może wierzą w USA, ale jest to wiara historycznie usprawiedliwiona europejskimi wojnami. Czas zostawić Rosję samą, żeby sama przegryzła swoje zło, nędzę, imperialny upór i amoralność."


Kazimierz Brakoniecki, fragment utworu "Światologia", Olsztyn 2001

czwartek, 13 marca 2014

Ernst Wiechert

A zwycięzcy byli wzburzeni, bo nagroda za zwycięstwo kruszyła im się w palcach jako czasowa i przemijająca, a w rękach pozostawał tylko lęk przed światem, przed straszliwym, w samotności skamieniałym obliczem świata. Świata który jutro mógł wywołać następną katastrofę, katastrofy bowiem nie można odwrócić samolotami i działami, tylko cichą i prawie świętą siłą dojrzałych i przemienionych dobrocią serc ludzkich. Zwycięstwo zbrojne jest jak plewy na klepisku świata, nawet jeśli zostało osiągnięte inteligencją umysłu. Natomiast zwycięstwo serc mogłoby ujarzmić nawet demony.”

Ernst Wiechert, Missa sine nomine (1950), przekład Maria Kłos- Gwizdalska